Wokół zakazu wyprzedzania znowu wrze
Szydłowiecka policja pochwaliła się ostatnio akcją ukierunkowaną na kierowców ciężarówek. Na drodze S7 mundurowi wysłali w powietrze drona z kamerą, by wyłapywać ciężarówki łamiące zakaz wyprzedzania. Sprawozdanie z tej akcji wywołało w branży kolejną burzę.
Dron nagrywa, ale prędkości nie mierzy
Sama procedura wydaje się prosta: latający nad trasa dron nagrywa tablice rejestracyjne, a kawałek dalej patrol na ziemi ściąga wskazaną ciężarówkę na bok. Problem polega na tym, że policyjne drony nie działają jak fotoradary czy wideorejestratory – zazwyczaj nie potrafią zmierzyć rzeczywistej prędkości żadnego z pojazdów.
W udostępnionym przez policję nagraniu widać manewr wyprzedzania, który zajął zaledwie kilka sekund. Z prostej matematyki wynika, że różnica prędkości między zestawami mogła wynosić blisko 10 km/h. Jeśli wyprzedzane auto jechało sporo poniżej dozwolonej prędkości, to wyprzedzający miał pełne prawo zakładać, że wykonuje manewr legalnie.
Co właściwie oznacza „znacznie wolniej”?
Ustawodawca wprowadzając zakaz wyprzedzania zostawił furtkę – zezwolił na wyprzedzanie pojazdów jadących „znacznie wolniej” niż dopuszczalna prędkość. Sęk w tym, że nikt do dziś nie zdefiniował, ile to dokładnie jest. Dla jednego kierowcy czy policjanta to 5 km/h, dla innego 15 km/h.
I tu pojawia się główny zgrzyt dla przewoźników i kierowców:
- Ocena na oko: Policjant wypisujący mandat opiera się na własnym wrażeniu, a nie na twardych danych z urządzenia pomiarowego.
- Brak jednoznacznych dowodów: Brak zapisu prędkości obu pojazdów sprawia, że wystawienie mandatu w wielu sytuacjach jest mocno dyskusyjne.
- Stanowisko resortu: MSWiA przypominało, że każda taka sytuacja ma być oceniana indywidualnie pod kątem sprawności i bezpieczeństwa manewru, a nie z automatu.
Jak widać, czas mija, zasady pozostają dziurawe, a kierowcy w trasie wciąż musza się liczyć z tym, że sprawny i płynny manewr wyprzedzania może zostać uznany za wykroczenie.
